Najstarszy człowiek na świecie

Opowiadanie oryginalnie napisane we wrześniu 2024 roku i zgłoszone do konkursu Nowej Fantastyki.


– Głupi staruch, dalej nic – wkurzała się Hye-won.

– Nie staruch, tylko pacjent. Powinnaś uszanować możliwość pracy nad tak ciekawym przypadkiem – upomniał ją, spokojny jak zawsze, doktor Cho Da-Won.

Hye-won poczuła przypływ gorąca. W myślach przezwała obiekt ich badań „staruchem” już dawno te‌‌‌mu, ale gdy wypowiedziała to na głos przy swoim promotorze, poczuła się dziecinnie. Strasznie ją‌ krępowała nie tylko akademicka sława doktora Cho, ale też jego stoicki charakter. Ze swoją spontanicznością czuła się przy nim jak niesforne dziecko.

Co najgorsze, w tym wypadku wiedziała, że miał rację. O możliwość prowadzenia badań ze słynnym „Pacjentem 10”, jak nazywano go w kręgach neurobiologów, starały się od lat dziesiątki grup badawczych z całego świata. Tylko dzięki osobistym znajomościom jej promotora udało się im jako pierwszym uzyskać zgodę rodziny na badania.

W ten sposób trafili tutaj, do ciasnej salki w prywatnym szpitalu w Daejeon. Prawie połowę pomieszczenia zajmowało łóżko szpitalne i aparatura podtrzymująca przy życiu leżącą na nim, wyglądającą na mumię istotę. Jedna z maszyn łączyła się kablami z laptopem na biurku, przy którym siedziała Hye-won. Poza nimi w pokoju był jedynie doktor Cho. Siedział na małym obrotowym krzesełku tuż przy łóżku chorego.

Chociaż ciężko było w to uwierzyć przez jego udekorowane dziesiątkami rurek i sensorów ciało, był to człowiek. Jego wygląd wynikał z niezwykłych okoliczności, w jakich się tu znalazł. Sparaliżowany został wiele dekad temu w wyniku wypadku. Dzięki postępom medycyny udało się utrzymać go przy życiu, i to tak długo, że od lat nosił miano najstarszego człowieka na świecie. Urodzony w 1910 roku zyskał w kręgach akademickich nieoficjalne imię „Pacjenta 10". Naukowcy przypuszczali, że mimo izolacji i upływu lat jego mózg może nadal być sprawny. Jednak dopiero teraz rodzina chorego dała im dwumiesięczne okno, by spróbować swoich sił z najciekawszym przypadkiem współczesnej neurobiologii. Zaszczyt bycia tą osobą, która pierwsza podejmie rękawicę, spadł na Hye-won.

Hye-won, która desperacko wpatrywała się teraz w ekran komputera, jak zwykle licząc na to, że może akurat przy tej próbie któryś z wykresów chociaż drgnie. Z dwóch miesięcy został już tylko tydzień.

– Trzy minuty, nic – westchnęła zrezygnowana, gdy komputer wreszcie przestał przeliczać najnowsze dane. Wstała, by poprawić ułożenie elektrod na głowie pacjenta. Kątem oka zobaczyła, że doktor Cho dalej siedzi zamyślony na krześle. Spojrzała na chorego. Oni obaj mają taki sam charakter – pomyślała i prychnęła nosem. Po chwili usiadła z powrotem do biurka.

– Model 1891, próba numer trzy – oznajmiła w przestrzeń.

– Wracam do swojego gabinetu – odezwał się nagle Cho Da-Won, wstając z krzesła. – Mam nadzieję, że do końca tygodnia uzyskamy przełom.

Skąd ten optymizm, zdziwiła się w myślach Hye-won. Chyba że to miało być podtrzymanie na duchu. W końcu, o ile nic się nie zmieni, to dla niego będzie to jeden nieudany projekt, a ja pewnie będę musiała wyrzucić cały doktorat do kosza.

* * *

Sala wykładowa w nowym budynku wydziału fizyki KAIST-u, Koreańskiego Zaawansowanego Instytutu Nauki i Technologii, była dumą uczelni. Zaprojektowana przez światowej klasy architektów w założeniu wyrażać miała radykalną innowacyjność i inspiracje naturą. Wewnątrz nie można było znaleźć prawie żadnego kąta. Jej wielokolorowe ściany układały się w fantazyjne obłe kształty, a światło powoli sączyło się do wewnątrz z kilku elipsoidalnych okien.

Stojący na środku sali młody student nie zwracał jednak uwagi na wyróżnioną licznymi nagrodami architekturę wnętrza. Jak zaczarowany przyglądał się stojącemu na stole czemuś, co przypominało akwarium wypełnione parą. W środku znajdował się mały kawałek metalu. Jednak tym, co przykuło jego uwagę, były tu i ówdzie pojawiające się nagle i równie szybko znikające ślady. Trochę przypominały mu te, które zostawiają po sobie lecące wysoko samoloty.

– Su-han! Już jesteś? – usłyszał wesoły głos kobiety, która właśnie wyszła z zaplecza. – Dopiero przygotowuję pokaz.

– Profesor Lee! – skłonił się z szacunkiem Park Su-han. Tak jak inni studenci żywił duży szacunek do Lee Ji-hye. Energiczna, inteligentna i bystra szybko pięła się w akademickiej karierze. Co niektórzy starsi profesorowie pozwalali sobie komentować, że jako jedyna wykładowca-kobieta w katedrze fizyki jądrowej robiła to nawet zbyt szybko. Jednak wśród studentów budziła duży szacunek umiejętnością atrakcyjnego przedstawienia tematu i otwartością na dyskusje.

– Zainteresowała cię komora chmurowa? – spytała Lee.

– Zastanawiałem się, skąd biorą się te ślady. Ich... – szukał odpowiedniego słowa – taniec, jeżeli można to tak nazwać, jest fascynujący.

– Zgadzam się. Zobacz, ta srebrzysta sztabka na środku zawiera w sobie uran, rad i inne radioaktywne pierwiastki. Ich atomy rozpadają się na mniejsze części, które, lecąc przez tę mgiełkę, zostawiają za sobą takie właśnie ślady. To proces kwantowy, więc zupełnie nieprzewidywalny.

– Ma pani na myśli, że atomy są zbyt małe, żebyśmy mogli określić, kiedy, który i jak się rozpadnie?

– Miałam na myśli coś bardziej fundamentalnego niż zbyt prymitywne narzędzia czy trudności w obliczeniach. Fizyka nie pozwala wszystkiego przewidzieć. Świat pod mikroskopem zachowuje się w sposób zupełnie losowy.

– Nie wiem, czy do końca rozumiem... Przecież są chyba jakieś prawa przyrody, może jeszcze nieodkryte, które decydują, kiedy dzieje się to, a kiedy coś innego.

– Podoba mi się, że nie poddajesz się łatwo, ale chyba muszę cię rozczarować. Natura łaskawie pozwala nam obliczyć, jakie są szanse danego zdarzenia, ale praktycznie udowodniono, że nie ma sposobu, by przewidzieć, która opcja zostanie wybrana. Tego możemy się dowiedzieć dopiero po fakcie. Trochę to przypomina kasyno. Na dzisiejszym wykładzie spróbuję wyjaśnić to wszystko dokładniej. – Lee odwróciła głowę. – A mówiąc o wykładzie, widzę, że twoi koledzy i koleżanki właśnie wchodzą na salę, a ja jeszcze nie jestem gotowa z pokazem. Przyniesiesz proszę statyw? – wskazała na zaplecze.

Su-han odszedł, by wykonać polecenie, jednocześnie rozmyślając o tym, co usłyszał. Nie podobała mu się wizja niemożliwej do zbadania kosmicznej kostki, która po cichu decydowała o losach świata. A poza tym, czy naprawdę powiedział do wykładowcy, że te ślady ,,tańczą''? Poczuł, że czerwienieje z zażenowania. Kolejny głupi tekst, który będzie mu się przypominał przed snem...

* * *

– Model numer dwa pieprzone tysiące – powiedziała w przestrzeń Hye-won. Po co to mówię, skoro nikogo tu nie ma – zreflektowała się w myślach. Nikogo oprócz Pacjenta 10. Ciężko jednak było myśleć o nim jako o człowieku, skoro przez cały okres ich krótkiej znajomości przeleżał na wznak, milcząc i patrząc tępo.

Powinnam być bardziej wyrozumiała wobec sparaliżowanych stuczterdziestolatków – zaśmiała się w duchu, ale po chwili posmutniała. Ten człowiek połowę swojego długiego życia spędził odcięty od zmysłów i w ogóle jakiejkolwiek komunikacji ze światem zewnętrznym. Może i jego mózg wciąż działa, ale psychicznie musi być totalną papką. Taka egzystencja to tortura. Na miejscu jego najbliższych dawno wyciągnęłabym wtyczkę – westchnęła.

Oto rozpoczął się ostatni tydzień badań. Jeżeli dzisiaj nic nie drgnie, to nie mają szans uzyskać połączenia do końca czasu, jaki im pozostał. A prawdopodobieństwo, że zadziała którykolwiek z modeli „ostatniej szansy", jak nazwali te, których nie wypróbowali wcześniej, było nikłe. To oznacza nici z przełomowych wyników, zmarnowanie kilku lat pracy, utratę pieniędzy z grantu, no i pewnie koniec doktoratu u doktora Cho, bo to Hye-won odpowiadała za przygotowanie modeli.

Znów wróciły te natrętne, przerażające myśli – zauważyła. Westchnęła, sięgnęła ręką do kieszeni i wyczuła torebkę. Meteorę, pobudzającą i wzmacniającą aktywność mózgu substancję, poznała, gdy przygotowywała się do matury – egzaminu, który miał zdecydować o jej przyszłości. Tak ambitna osoba jak ona nie poprzestawała jednak na dostaniu się na najlepszą uczelnię w kraju; substancja towarzyszyła jej więc przez całą dalszą edukację i karierę w nauce. Hye-won nie czuła się uzależniona, a przynajmniej miała nadzieję, że to jeszcze nie nastąpiło. Nie zaprzeczała jednak przydatności meteory w krytycznych sytuacjach i, jak twierdziła, tylko dlatego nie wychodziła już z domu bez swojej „torebeczki".

W związku z brakiem nowych wyników w czasie jej pobytu w szpitalu sytuacja krytyczna zdarzała się codziennie. Dzień dzisiejszy należało więc także uznać za kryzys; Hye-won nie miała co do tego wątpliwości. Rozejrzała się nerwowo, tak jakby do jej małej salki ktoś mógłby wejść niepostrzeżenie. Lekko drżącą ręką otworzyła torebkę i wsypała połowę do swojej szklanki z wodą. Pospiesznie podniosła ją do ust, by natychmiast wypić cały płyn.

Pijąc, kątem oka spojrzała na obiekt jej badań. Znów zaczęła myśleć o tym, co przyszło jej do głowy już jakiś czas temu.

Pacjent 10 miał ponad 140 lat. Większość tego czasu znajdował się w szpitalu. Podłączony był do kilku różnych aparatów podtrzymujących różne funkcje życiowe. Podanie mu meteory to nie tylko złamanie podpisanych umów czy kodeksu etyki – to może się skończyć śmiercią drugiego człowieka.

Rany, o czym ja w ogóle myślę. Pójdę do piekła. Albo do więzienia. Albo w oba te miejsca naraz – przestraszyła się.

Nikt nawet nie będzie się przejmował. Ten koleś pamięta wojnę koreańską, do cholery; może w każdej chwili umrzeć. Jeżeli umrze, to będzie oczywiste, że z przyczyn naturalnych!

Kim ja jestem, żeby o tym decydować? Rodzina chciała, by żył…

Rodzina go torturuje! Co to za życie, być zamkniętym we własnym umyśle! Może on by wolał się do czegoś jeszcze przydać. Na przykład uratować czyjś doktorat…

Emocje, nagle wzmocnione aktywnością rozchodzącego się we krwi narkotyku, zagłuszyły jej myśli. Nie było nad czym się zastanawiać, tak naprawdę od rana wiedziała już, co zrobi. Wyciągnęła z plecaka słoiczek z małą ilością soli fizjologicznej, który przygotowała zawczasu. Rozpuściła w nim resztę swojej meteory. Wprowadziła roztwór do kroplówki jak lek, tak jak widziała, że się to robi na zajęciach z podstaw medycyny praktycznej. Spojrzała na sztuczne serce na piersi pacjenta, które pompowało teraz nowo podany środek do mózgu. Wróciła do biurka i usiadła.

Zaczynało docierać do niej, co zrobiła. Gdyby zobaczyła mnie któraś pielęgniarka, to na pewno nie dostałabym już żadnego grantu – pomyślała. Parsknęła śmiechem, zaczęła śmiać się bardziej. Przez chwilę nie mogła się opanować, wydawało się, że usłyszała najlepszy żart na świecie. Po chwili, gdy się uspokoiła, oznajmiła wesoło:

– Model 2000. Próba numer dwa.

* * *

Wdech, wydech. Wdech, wydech. Su-han próbował się uspokoić. Dzisiaj mógł być jego wielki dzień. Co prawda, już miesiąc temu myślał, że ten dzień nadszedł. Podobnie kilka razy w zeszłym semestrze. Za każdym razem jednak jego wielkie odkrycie, coś, co miało wstrząsnąć współczesną fizyką, to coś, co przeoczyli wszyscy szanowani akademicy przed nim i które miało zapewnić mu pierwszą w historii Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki dla tak młodej osoby – no cóż, jak dotąd te osiągnięcia w najlepszym przypadku okazywały się być jedynie pomyłką w obliczeniach.

Wokół niego rozbrzmiewał gwar rozgadanych pozostałych studentów drugiego roku fizyki oczekujących na rozpoczęcie ćwiczeń. Chociaż został przez nich przezwany Einsteinem z powodu swoich regularnie ogłaszanych „niesamowitych odkryć", dalej ich lubił. Nie przejmował się kpinami, bo wiedział, że kiedyś – być może będzie to dzisiaj! – będzie udzielał wywiadów dziennikarzom z całego świata, a jego dawni koledzy zrozumieją, jak bardzo go nie doceniali. Teraz jednak był tak rozemocjonowany, że nie był w stanie dołączyć do rozmowy swoich kolegów i koleżanek.

Gdy do sali nagle weszła profesor Lee, serce Su-hana przyspieszyło. Wraz z pozostałymi studentami ukłonił się z szacunkiem na powitanie.

– Przed weekendem omówiliśmy na wykładzie problem pomiaru w mechanice kwantowej. Zanim przejdziemy do zadań rachunkowych, czy ktoś chciałby zadać jakieś ogólne pytania dotyczące tego tematu? – zapytała.

Su-han wstał, czując na sobie wzrok całej grupy. Zrobiło mu się ciepło i pomyślał, że mimo ćwiczeń i głębokiego oddychania nici z utrzymania spokoju. Czemu zawsze, gdy przychodzi co do czego, nie może uspokoić własnego ciała? Przecież chce tylko zadać pytanie na ćwiczeniach!

– Profesor Lee Ji-hye! Na wykładzie profesor powiedziała, że w wyniku pomiaru rzeczywisty stan badanych cząstek jest określany losowo – zaczął.

– Tak, Su-han. Dokładniej rzecz biorąc, zakładamy, że wszystkie cząstki, z których składa się nasz świat, z czasem nabierają coraz szerszego rozkładu możliwości dotyczących tego, co się z nimi stanie, mniej lub bardziej prawdopodobnych. Dopiero w momencie, gdy są obserwowane, jedna z tych możliwości zostaje wybrana.

– Czy wiadomo co dokładnie rozumie się przez „obserwowanie"?

– Nie wydaje mi się. Domyślamy się, że nie chodzi o świadomą obserwację przez człowieka. Zapewne istnieje pewna granica, pewien poziom skomplikowania układu, gdy dużo cząstek oddziałuje ze sobą, gdy takie ustalenie się stanu następuje. Chociaż takiej granicy jeszcze nie znaleziono…

– Profesor Lee! – zawołał Su-han, nie zdając sobie sprawy, że przerywa jej w pół zdania. Pod wpływem stresu zaczął wyrzucać z siebie słowa zbyt szybko. – Znalazłem alternatywne rozwiązanie równań, w którym nie potrzeba żadnej takiej granicy ani nawet obserwacji! Wystarczy uznać stan obserwatora za część wektora…

– Park Su-han! Nie przyzwyczaiłam się, by studenci przerywali moją wypowiedź – upomniała go Lee. Poczuł, jak się czerwieni. Emocje wzięły górę, przeholował. Prowadząca zajęcia chyba zauważyła jego zawstydzenie i wróciła do przyjemniejszego tonu – Cieszę się, że pozostajesz pełen entuzjazmu do tematu wykładu. Pozwól, że porozmawiamy o twoim pomyśle po zajęciach. Tymczasem, czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania?

Su-han usiadł wciąż cały czerwony. Porozmawiamy po zajęciach? Czy aż tak sobie nagrabił?

– No to zabłysnąłeś – usłyszał szept i zaraz potem cichy śmiech siedzącego obok Kim Kyu-wona.

– Spadaj – odparł krótko. Do końca zajęć nie udało mu się już skupić.

* * *

Hye-won wpatrywała się w ekran. Zawsze tak robiła, mimo że analiza komputerowa potrafiła spośród szumu wychwycić nawet najbardziej subtelny sygnał – taki, którego ludzkie oko nie miało szans dostrzec. Tym razem jednak nie musiała czekać na wyniki analizy komputerowej. Meteora podziałała jak trzęsienie ziemi, wywołując tsunami wśród fal mózgowych badanego. Wykresy rozszalały się po ekranie. Hye-won spojrzała nerwowo w stronę starego człowieka, ale uspokoiła się trochę, gdy zobaczyła, że wciąż oddycha.

Usłyszała w słuchawce w swoim uchu ciche piknięcie. „Kalibracja zakończona" wyświetlił ekran laptopa. Obok siatka szarych kwadracików zaczęła rozświetlać się na zielono, aż w końcu kolor zmieniły wszystkie. Hye-won usiadła zszokowana, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Nie spodziewała się aż takiego efektu, nawiązania pełnego dwustronnego kontaktu.

Po chwili się otrząsnęła. Urządzenie umożliwi jej zajrzenie do umysłu Pacjenta 10. Na przyjemną pogawędkę nie może jednak liczyć. Ten człowiek pozostawał zamknięty we własnym umyśle przez ostatnie siedem dekad. Trzeba do tego podejść ostrożnie, zgodnie z przygotowaną wcześniej procedurą, zaangażować współpracującego z jej grupą psychologa.

Powinna natychmiast powiadomić Cho Da-Wona. Zaczęła podnosić rękę do słuchawki, ale zatrzymała się w połowie. Co, jeżeli zapyta, w jaki sposób udało się pobudzić umysł starucha do współpracy? Raczej nie uwierzy, że ostatni model tak po prostu okazał się być kompatybilny. Musiałaby przygotować jakąś historię. Nie ma na to czasu. Działanie meteory podawanej powoli do krwiobiegu przez kroplówkę skończy się, gdy leki zostaną wymienione dzisiaj wieczorem. Ma więc jeden dzień, by zebrać chociaż część planowanych danych.

Jestem zbyt podekscytowana, żeby myśleć. Kurczę, komuś muszę powiedzieć – stwierdziła jednak. Su-han! – postanowiła. Pewnie przeszkodzi mu w zajęciach, ale co tam, warto dla takich dobrych wieści! Byle nie dopytywał za dużo, wścibski braciszek.

* * *

– To już koniec czasu na dzisiejsze ćwiczenia, dziękuję wszystkim. Su-han, zostań proszę chwilę – powiedziała Lee Ji-hye, spoglądając na Su-hana, który właśnie próbował ukryć, że zamiast skupiania się na zajęciach, słuchał czegoś w swojej słuchawce.

Studenci, jeden po drugim, zaczęli opuszczać pomieszczenie. Gdy sala opustoszała, Lee pozwoliła sobie usiąść na jednej z ławek.

Su-han poczuł się nieswojo. Pamiętał, że kiedy zaczynał studia na tym wydziale, dużo mówiono o dobrych relacjach między kadrą profesorską a studentami i takie faktycznie było jego dotychczasowe doświadczenie. Mimo to nie potrafił wyzbyć się poczucia skrępowania, kiedy zostawał sam na sam z którymś z wykładowców.

– To, o czym mówiłeś przed ćwiczeniami... Muszę cię rozczarować. Nie jesteś pierwszą, i pewnie nie ostatnią, osobą, która wpadła na ten pomysł – zaczęła Lee.

– Trochę się tego spodziewałem – przyznał Su-han.

– To skąd taka żarliwość przed zajęciami? – zdziwiła się Lee. Widząc zakłopotanie młodego studenta, wróciła do wcześniejszego tematu. – W każdym razie po raz pierwszy taką teorię jak twoja zaproponował amerykański fizyk Everett jeszcze w dwudziestym wieku.

– Co jest z nią nie tak?

– Przede wszystkim prowadzi do absurdalnych wniosków. Zakładasz, że nie tylko cząstka może istnieć w dwóch stanach jednocześnie, ale też cała aparatura badawcza, która służy nam do pomiaru jej stanu. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, dochodzi się do wniosku, że ty i ja, i reszta świata istniejemy w bardzo wielu różnych stanach jednocześnie.

– Co jest możliwe, jeżeli dopuścimy istnienie światów równoległych – podekscytował się Su-han.

– Tak – zgodziła się Lee. – Dlatego nazywamy to teorią wielu światów. Nieskończenie wielu światów, bo w każdej sekundzie powstawałyby niewyobrażalne liczby nowych. Moim zdaniem to absurd.

Su-han zamyślił się nad tą odpowiedzią. Wydała mu się zbyt banalna. Po profesor Lee spodziewał się lepszego argumentu niż taka subiektywna opinia.

Wykładowczyni wyczytała z jego twarzy, że nie jest do końca przekonany. Wstała z ławki i odeszła kilka kroków.

– Jest jeszcze jeden powód, dla którego staramy się nie zachęcać studentów do zgłębiania tego podejścia – powiedziała powoli. Wyraźnie spoważniała. – Gdy osiemdziesiąt lat temu zakładano KAIS, na specjalne zaproszenie rządu Kim Cheon-sa wrócił do kraju. Człowiek ten wyemigrował do Stanów jeszcze za młodu, w czasach japońskiego zaboru. Tam zrobił karierę akademicką i uzyskał posadę w Princeton. Nigdy jednak nie odnalazł się w USA, nie założył tam rodziny. Być może ułatwiło mu to decyzję o powrocie do ojczyzny w tak późnym wieku.

W każdym razie w 1978 roku rozpoczął pracę tutaj. Wygłoszony przez niego wykład inauguracyjny był dużym wydarzeniem. Dla młodego jeszcze instytutu w dopiero rozwijającej się Korei „zdobycie" naukowca takiej klasy stanowiło powód do dumy.

Kim Cheon-sa był jednym z orędowników teorii Everetta. Podobno poznali się jeszcze w Princeton i tam zaprzyjaźnili. Po przybyciu do kraju Kim zebrał wokół siebie grupę studentów. Przezywano ich „sektą", bo tak byli oddani swojemu nauczycielowi. W ciągu kolejnych kilku lat studenci przychodzili, odchodzili, czasem zostawali, by zająć się pracą naukową. Aż pewnego dnia w grupie Kima doszło do wypadku.

– Czy wiesz, jak można udowodnić istnienie wielu światów? – spytała nagle Lee.

– Nie wiem, pani profesor.

– Przypomnij sobie komorę chmurową i pojawiające się w niej ślady. Pojawienie się ich oznacza zajście rozpadu promieniotwórczego, czegoś, czym rządzą procesy kwantowe. Wyobraź sobie następnie, że chowamy komorę za kotarką i próbujemy zgadnąć, czy w ciągu następnej sekundy pojawi się kreska, czy nie.

– Nie wiadomo.

– Niektórzy powiedzieliby nawet, że dopóki ktoś nie odsłoni kotary, to kreska może jednocześnie istnieć i nie. Ale Everettowcy…

– Uważali inaczej – dokończył za nią rozemocjonowany Su-han. – Według nich świat rozdzieliłby się na dwa.

– Dokładnie. Kima męczyło to, że nie może udowodnić teorii wieloświata na gruncie naukowym. Uciekł się więc do filozofii. Jego zdaniem człowiek nie może doświadczać śmierci – jedynie życie, a więc będzie żył tak długo, o ile będzie żył w przyszłości chociaż w jednym świecie. Pozostałe światy się nie liczą, dopóki się w nich nie znajdziemy.

– Nie widzę, w jaki sposób prowadzi do dowodu na istnienie innych światów.

– Słusznie, bo nie prowadzi do żadnego doświadczenia ani dowodu w tradycyjnym sensie. Jednak Kimowi nie chodziło wcale o udowadnianie czegoś światu – chciał poświęcić swoje życie, by przekonać się, czy ma rację. Wymyślił więc kwantową wersję rosyjskiej ruletki, gdzie zamiast kręcenia komorą rewolweru przeprowadza się eksperymentalny pomiar. Gdyby udało mu się to przeżyć, uznałby, że miał rację.

– A w przeciwnym wypadku…

– Umarłby.

– Przecież to niczego nie udowadnia! Zawsze mógł się trafić łut szczęścia.

– Nie, jeżeli powtórzysz eksperyment kilka albo kilkadziesiąt razy. Normalnie twoje szanse przeżycia spadają wykładniczo, praktycznie do zera. Ale pamiętaj, że ten pomysł, jeżeli nawet działa, to tylko w tym jednym świecie, w którym eksperymentator przeżyje wszystkie próby.

– A w pozostałych... wszyscy inni nie dowiedzą się nic, zobaczą tylko, jak ten ktoś umiera. Chyba, że nie mają racji i umrą po prostu – do Su-han zaczęło docierać, dlaczego jego profesor uznała ten schemat za bardziej przypominający religię niż naukę.

– Dokładnie – potwierdziła Lee Ji-hye. W końcu nie ma szczególnego powodu, żebyśmy trafili do akurat tej wersji rzeczywistości, w której przeżył.

– Ale gdyby mu się udało... dla nas by zginął, ale w którymś z innych światów być może jest teraz najsłynniejszym uczonym na świecie.

– Albo najzwyczajniej w świecie by zginął! – uniosła głos Lee Ji-hye. – Pamiętaj, że cały ten pomysł ze światami równoległymi to tylko hipoteza, prawie na pewno błędna.

Su-han poczuł, że w głowie kłębią mu się myśli. W końcu przypomniał sobie, od czego zaczęli rozmowę.

– Czy Kim Cheon-sa przeprowadził ten eksperyment?

Lee ze smutkiem pokiwała głową.

– Tak, i niestety nie był w tym sam. 21 marca 1978 roku Kim i dwóch jego studentów zamknęło się w laboratorium. W tajemnicy przed innymi przygotowali urządzenie, które używało licznika Geigera, by mierzyć rozpady promieniotwórcze w małej próbce uranowej. Urządzenie połączone było z mechanizmem uruchamiającym coś w rodzaju pistoletu.

– Chcieli przejść przez to razem. Tylko w ten sposób mogli przekonać się o tym i dalej być w tym samym świecie – zrozumiał z przerażeniem Su-han.

– Tak, to pewnie była ich motywacja. Musieli być bardzo oddani Kimowi, skoro zdecydowali się na taki krok. W przeciwieństwie do nich ich profesor był już dosyć stary, nie miał rodziny – można powiedzieć, że miał mniej do stracenia i dobrze wiedział, na co się pisze. U młodszej dwójki zapewne zdecydowała brawura albo może toksyczne pojęcie lojalności.

Pracą urządzenia sterował własnoręcznie przez nich zrobiony układ elektroniczny. Gdy ustawili się na swoich pozycjach, Kim musiał go jakoś uruchomić. Rozpoczęły się pomiary. Nie wiem, ile ich było. Któryś z nich musiał być tym feralnym – westchnęła. – W pewnym momencie broń wypaliła i cała trójka osunęła się na ziemię w kałuży krwi.

Po chwili dodała:

– I to jest powód, dla którego chciałabym, by na moich zajęciach trzymano się standardowej mechaniki kwantowej i wierzono metodzie naukowej, a nie jakimś dziwnym pomysłom.

Su-han patrzył na swoją profesor oszołomiony.

– Skąd pani wie to wszystko? – spytał, orientując się jak pełna szczegółów była ta historia.

Lee odwróciła głowę na bok.

– Jednym z tych studentów był mój dziadek. Zginął na parę miesięcy przed narodzinami mojego ojca. W domu nigdy o tym nie rozmawialiśmy; dopiero jako nastolatka zainteresowałam się, skąd pojawiła się dziura w moim drzewie genealogicznym. Udało mi się odnaleźć dokumenty opisujące wyniki śledztwa, które wtedy przeprowadzono. Byłam tą sprawą jednocześnie wstrząśnięta i zafascynowana. Być może właśnie ta chęć zrozumienia ich motywacji sprawiła, że zaczęłam studiować fizykę – uśmiechnęła się. – Kiedy byłam młodsza, miałam nawet myśli, by zemścić się na Kimie Cheon-sa. Do tej pory obwiniam go za to, co się stało, ale teraz wiem, że to, co się z nim dzieje od czasu tego wydarzenia, jest już wystarczającą karą.

– Nie zginął? – zdziwił się Su-han. Po czym szybko policzył coś w głowie i dodał – Wciąż żyje?

– Okazuje się, że z całej tej trójki los postanowił oszczędzić właśnie jego – zaśmiała się gorzko profesor. – Jednak szkody, które kula sprawiła w jego układzie nerwowym, całkowicie go sparaliżowały. I tak utknął we własnym, podobno wciąż działającym, umyśle – aż do dzisiaj. I w takim stanie został najstarszym człowiekiem na świecie, wyobrażasz sobie?

* * *

Kiedy Su-han wchodził do małego mieszkania, które wynajmował z siostrą, Hye-won nie była już w dobrym nastroju. Znalazł ją kucającą na podłodze z pustą butelką w ręku. Podszedł do niej zaniepokojony. Wcześniej planował od razu porozmawiać z nią o tym, kim tak naprawdę był obiekt jej badań, jednak w tej sytuacji musiał najpierw pomóc jej doprowadzić się do porządku.

– Su-han... Ja zrobiłam coś złego – łknęła.

– Spokojnie, Hye-won. Porozmawiamy, gdy wydobrzejesz – odpowiedział, próbując odebrać jej butelkę. Poczuł, że ten mały rodzinny kryzys chwilowo oczyścił jego umysł z natłoku myśli i emocji.

– Myślałam, że to będzie wielki sukces, jeżeli da się tę naszą metodę wykorzystać. Ja przesadziłam! – załkała. – Ja zabiłam człowieka! Zabiłam staruszka! Rozumiesz?!

– Waszego pacjenta? – przeraził się Su-han. Jeszcze dzisiaj rano przekazała mu wiadomość, że udało im się nawiązać z nim kontakt. Miał nadzieję, że wyolbrzymia pod wpływem alkoholu. – On był mega stary.

– Najstarszy – przyznała. – Najstarszy na świecie.

– No właśnie. Na każdego przyjdzie pora – zauważył filozoficznie. Czy ona znów łączyła meteorę z alkoholem? To może się źle skończyć.

– Nie na każdego – wybełkotała, kiedy próbował postawić ją na nogi.

– Chodź Hye-won, położymy cię w miłym łóżeczku. – Rany, jak ciężko. Czy to on się zapuścił, czy ona przytyła?

– Jesteś kochanym braciszkiem, wiesz? – nieoczekiwanie wyznała. – Odwiedzaj mnie w więzieniu.

– Jeszcze parę kroków. O tak, drzemka dobrze ci zrobi – odpowiedział Su-han, pomagając siostrze położyć się w łóżku. Ta zasnęła niemal natychmiast. Pokręcił głową i wrócił do przedpokoju.

Tam zauważył leżący na ziemi służbowy tablet Hye-won. Zaczęły wracać wspomnienia z porannej rozmowy. Poczuł dreszcz ekscytacji. Podniósł go i wszedł z nim do sypialni. Przyłożył palec śpiącej jak kamień siostry do ekranu, ta na szczęście nie obudziła się. Odblokowany ekran rozjaśnił się. Oczom Su-hana ukazało się dokładnie to, co miał nadzieję na nim znaleźć. Wyświetlany dokument nosił nazwę „Zapis rozmowy z Cheon-sa Kimem". Usiadł przy biurku, by skupić się na tym, co widzi.

Pierwsze zdania wyrażały szok, jaki przeżył pacjent, gdy w jego umyśle po raz pierwszy od lat nagle pojawiły się wrażenia zmysłowe. Su-han wzdrygnął się na myśl o tym, jak musiała wyglądać ta długa, beznadziejna i całkowicie samotna egzystencja. Przewinął w dół.

Zapis kończył się monologiem, który badany ewidentnie chciał jak najszybciej przekazać światu. No tak, miał dziesiątki lat, by ułożyć to sobie w głowie – pomyślał Su-han. Zaczął czytać od środka i zorientował się, że mowa o tym nieszczęsnym doświadczeniu, które skończyło się tragedią. Podekscytowany przewinął do początku wypowiedzi.

Nie wiem, czy los pozwoli mi jeszcze kiedyś się wypowiedzieć. Chciałbym więc, byś przekazała to, co powiem, światu. Chciałbym przestrzec wszystkich, którzy rozważaliby pójść w moje ślady, ale też przekazać brutalną prawdę, którą odkryłem dopiero zamknięty w ciemnej pustce swojego umysłu.

W latach 70. wykładałem fizykę na młodej jeszcze wtedy uczelni KAIS. Prowadziłem badania nad splątaniem kwantowym. Jeszcze w Ameryce odnosiłem sukcesy, a w Korei je kontynuowałem.

Wielu fizyków sądziło – nie wiem, czy nadal tak jest – że istnieje pewna naturalna granica, która rozgranicza świat kwantowy od zwykłego. Że w pewnym momencie z kwantowego zbioru różnych możliwości natura wybiera tylko jedną, która staje się tą prawdziwą.

W moich badaniach próbowałem określić, gdzie znajduje się ta granica. Przeprowadzałem coraz bardziej wyszukane eksperymenty. Wszystko wskazywało na to, że tej granicy po prostu nie ma. Wysyłaliśmy światło przez wielokilometrowe światłowody, świeciliśmy też laserami w satelity, próbowaliśmy badać większe obiekty – byle dalej, byle więcej. I dalej obserwowaliśmy efekty, których nie dało się wytłumaczyć inaczej niż istnieniem różnych wersji badanych cząstek jednocześnie.

W międzyczasie przeczytałem pracę doktorską Hugh Everetta na temat teorii wielu światów. Przedstawiała kuszącą propozycję. To, co nazywamy doświadczeniem, pomiarem, eksperymentem, według Everetta było jedynie sprawdzeniem, do której odnogi rzeczywistości trafiliśmy.

W Korei kontynuowałem swoje prace i utwierdziłem się w przekonaniu, że Everett miał rację. Wtedy miałem już prawie 70 lat. Uznałem, że mogę zaryzykować. Miałem tylko jeden pomysł na to, jak zweryfikować tę alternatywną teorię. Straszliwy eksperyment...

Su-han poczuł wypieki na twarzy. Wciąż nie mógł uwierzyć, że czyta wypowiedź człowieka, o którym rozmawiał dzisiaj z profesor Lee. Wypowiedź, w której ten spokojnie wyjaśnia makabryczny pomysł, który postanowił zrealizować.

... Oczywiście jest to okrutne dla naszych bliskich, których kopie w innych światach przeżyją ból i cierpienie. Ja jednak całe życie byłem samotnikiem i stwierdziłem, że niewiele osób by po mnie płakało.

A Hee-sung Kang i Ji-yoon Lee? Oni nie mieli nic wiedzieć. Jednak sami odkryli, co planuję i postanowili dołączyć. Mieli młodzieńczy zapał i byli jeszcze bardziej przekonani do moich teorii niż ja sam. Jedynym sposobem, byśmy przeszli przez to razem, było wspólnie poddać się doświadczeniu. W końcu nie zdołałem przekonać moich studentów, by pozwolili mi spróbować samemu.

Pamiętam dobrze ten dzień, to był chłodny marcowy poranek. Upewniłem się po raz setny, że młodzi wiedzą, na co się godzą. Razem zeszliśmy do piwnicy, do laboratorium. Drżały mi ręce. Chciałem mieć to jak najszybciej za sobą, więc od razu skierowaliśmy się do maszyny.

Dla pewności uruchomiliśmy ją jeszcze raz na pusto i gdy wszystko zadziałało poprawnie, załadowałem broń i zainstalowałem w uchwycie. Weszliśmy do środka. Rzuciłem ostatnie spojrzenie na chłopaków. Hee-sung był spokojny, opanowany. Ji-yoon cały się pocił. Odwróciłem się, odetchnąłem głęboko. I nacisnąłem guzik.

Nie stało się nic. Odetchnąłem z ulgą. To mógł być szczęśliwy traf, ale z jakiegoś powodu dodało mi to pewność potrzebną, żeby uruchomić kolejny pomiar.

Nacisnąłem przycisk jeszcze raz. Nic.

Znowu. Nic.

Jeszcze raz. Huk! Hee-sung i Ji-yoon padają na ziemię, oczy zalewają mi się krwią, tracę świadomość. To ostatnie, co pamiętam ze swojego życia przed wieczną ciemnością.

Obudziłem się w szpitalu. Obudziłem – to słowo nie do końca tutaj pasuje, bo mój koszmar dopiero się zaczynał. Byłem całkowicie sparaliżowany i pozbawiony zmysłów, poza słuchem – który zresztą później też straciłem. Jednak na początku mojej hospitalizacji udało mi się usłyszeć, jak beznadziejne miałem rokowania. „Cud, że żyje" – mówili, nikt nie dawał mi więcej niż parę tygodni.

Jednak nie to najbardziej mnie męczyło. Największą gorycz sprawiało mi przede wszystkim poczucie, że poprowadziłem dwójkę młodych ludzi na śmierć.

Zdawałem sobie jednak sprawę, że teoria, w którą tak wierzyliśmy, nadal mogła być prawdą. Zawiódł aparat eksperymentalny – jego wadą było to, że nie potrafił mnie zabić, gdy zaszła taka potrzeba. Tymczasem w alternatywnej rzeczywistości inna wersja mnie pewnie cieszy się teraz, że dowiodła prawdziwości swoich przekonań i świętuje razem ze swoimi studentami.

A ja utknąłem tutaj, w świecie, w którym zginę - tyle że po paru tygodniach, zamiast od razu, jak planowałem.

Z czasem jednak tygodnie mijały, a ja dalej trwałem. I w końcu dotarło do mnie, że popełniłem szkolny błąd.

Mechanika kwantowa opisuje nie tylko cząstki w laboratorium. Ona jest w nas, w naszych ciałach. W subtelny sposób wpływa na działanie każdej naszej komórki. Okazuje się, że szansa na to, że kwantowe cząstki tworzące kluczowe części mojego mózgu ułożą się przypadkiem tak, żebym przeżył strzał w skroń z pistoletu – była większa niż to, że pistolet nie wystrzeli ani razu po trzydziestu próbach. Jeden na miliard.

Zamknięty w pułapce własnych myśli zrozumiałem w końcu ten szkolny błąd i zdałem sobie sprawę, jakie niesie ze sobą konsekwencje. Nie ma ucieczki od efektów kwantowych. Codziennie gramy w małą wersję tego samego eksperymentu, który ja przeprowadziłem w piwnicy wydziału fizyki. Póki jesteśmy młodzi, nasze szanse na przeżycie są duże. Prawie każda ścieżka prowadzi do świata, w którym żyjemy kolejny dzień. Z czasem jednak nasze szanse się pogarszają.

Rak? Zaczyna się jako mutacja cząsteczki DNA. Wypadek samochodowy? Wystarczy, by sygnał chemiczny w układzie nerwowym kierowcy był mocniejszy, a skręciłby trochę bardziej w lewo czy prawo. Otwarta rana? Przypadkowe ruchy płynu w żyłach mogą prowadzić więcej lub mniej płytek krwi na właściwe miejsca, by zasklepić ranę. To wszystko są sytuacje, których efekty zależą od procesów na poziomie kwantowym.

I zawsze będzie taka możliwość, jedna na miliard albo i mniej prawdopodobna, w której wszystko się ułoży tak, jak należy. Zawsze istnieje co najmniej jeden świat, w którym przeżyjesz kolejny dzień. I z tego świata powstaną kolejne, i kolejne, i będziesz żyła dzień za dniem.

Tak więc oto jest dobra nowina! Spełni się obietnica życia wiecznego! Każdy z nas, chociaż o tym nie wie, żyje już wiecznie! I ja to wiem, a teraz – po ponad stu czterdziestu latach życia, które dawno powinno już opuścić moje ciało – wiem to na pewno. I wy wiecie, bo mieliście szczęście istnieć w tym akurat świecie, w którym i ja jeszcze jestem.

Mam też dla was złą nowinę, która jest taka sama jak ta dobra: wszyscy będą żyć wiecznie. A więc ty też będziesz żyć wiecznie i będziesz widzieć, jak wokół ciebie umiera wszystko, co kochasz. Będziesz żyć wiecznie i będziesz czuć, jak twoje ciało słabnie i rozsypuje się w proch. Wreszcie będziesz żyć wiecznie tak długo, aż życie to stanie się wieczną męką i cierpieniem. Witaj w piekle!

* * *

Mi-rae Yi rozejrzała się po gabinecie. Rozmawiała już z wieloma politykami, biznesmenami i innymi wysoko postawionymi osobami. Każdy inaczej dekorował swoje miejsce pracy i każdy miał w tym jakiś mniej lub bardziej uświadomiony cel. Niektórzy stawiali na przepych, jakby chcieli, by podziwiano ich za ich bogactwo. Inni obwieszali wnętrza zdjęciami bliskich, próbując pokazać swoją uczuciową stronę. Widywała też takich, którzy zawsze chcieli mieć za sobą regał pełen książek – staromodni czy pragnący epatować wykształceniem – uważała, że umie ocenić, na kogo trafiła.

Tutaj jednak panował minimalizm. Zupełnie zwyczajne pomieszczenie biurowe było prawie całkiem puste, jeżeli nie liczyć biurka i paru foteli. Początkowo uznała, że dyrektora generalnego przedsiębiorstwa Digimind cechuje fałszywa skromność, jednak po kilku minutach rozmowy wyczuła, że wcale nie oczekuje on od niej żadnych pochlebstw i nie zależy mu na jej sympatii. To ją niepokoiło. Jako dziennikarka nie lubiła, gdy nie udawało jej się rozgryźć rozmówcy. Gdy domyślała się ich motywacji, tego, co nimi kieruje, łatwiej było jej wyciągnąć ciekawe informacje.

– Pani Yi, czy możemy już zaczynać? Jestem gotowy – usłyszała od siedzącego obok przedsiębiorcy.

– Tak, oczywiście – powiedziała. Przygładziła jeszcze od dawna już idealnie ułożone włosy i spojrzała w stronę zawieszonego w powietrzu drona-kamery.

– Dzień dobry! Dzisiaj gościmy u założyciela i, jak rozumiem – uśmiechnęła się do rozmówcy – od jutra też pierwszego klienta, firmy Digimind – pana Park Su-hana!

– Dzień dobry państwu – skłonił się w stronę kamery starszy mężczyzna.

– Może opowie pan pokrótce naszym widzom, na czym będzie polegała procedura, której zamierza się pan jutro poddać?

– Oczywiście. W dużym skrócie: najpierw położę się na stole przypominającym te z sal operacyjnych w szpitalach. Po podaniu anestetyku zostanie zastosowane częściowe zamrożenie głowy. Wtedy uruchomiony zostanie bardzo szybki skaner molekularny. Przeniesie on dokładny stan wszystkich cząstek w moim umyśle do symulacji w komputerze kwantowym. Jest to niestety operacja destruktywna, ale to jedyny sposób, by uzyskać wierną kopię – taką, która przeniesie nie tylko położenie każdego neuronu, ale także jego stan kwantowy, unikając problemu obserwacji i ich konsekwencji... Ale nie będę pani i widzów programu zanudzał technicznymi szczegółami – odpowiedział wesoło. – Dość powiedzieć, że od tego momentu moim domem stanie się komputerowa symulacja, a moim ciałem – gdy będę tego potrzebował – zdalnie sterowany robot.

– Tak, to chyba wystarczy. Kolejne pytanie, jakie chcę panu zadać, myślę, że nurtuje wielu naszych widzów. Już jutro zostanie pan królikiem doświadczalnym własnych wynalazków. To znaczy, przypomnę tylko, że zamierza pan jako pierwszy człowiek poddać się cyfryzacji umysłu i zostać pierwszą zdigitalizowaną osobą na świecie. Nie boi się pan, że coś pójdzie nie tak?

– Nie. Muszę mieć trochę zaufania do tego, co sam stworzyłem – zaśmiał się Su-han. – Przeprowadziliśmy wszystkie testy, które mogliśmy. Kilka miesięcy temu udało nam się nawet przeprowadzić operację na Aleksie – starym umierającym gorylu. Dzisiaj, w świecie wirtualnym, on nadal żyje i czuje się świetnie. A z punktu widzenia fizyki struktura ludzkiego umysłu wcale nie odbiega zbytnio od mózgu dużej małpy.

– Ale dlaczego właśnie pan osobiście ma iść na pierwszy ogień? Przecież, z tego, co wiem, nie brakowało ochotników?

– Proszę pani – westchnął. – Razem z siostrą pracowaliśmy nad tym projektem tak naprawdę niemal pięćdziesiąt lat. To jest moje największe marzenie. Ja wierzę, że życie jest kruche. Teraz, gdy już jesteśmy u progu tego wielkiego kroku naprzód, moje ciało zaczyna powoli odmawiać mi posłuszeństwa. To zrozumiałe, ma w końcu za sobą siedemdziesiąt lat intensywnej pracy. Nie chcę ryzykować czekania jeszcze paru lat, w czasie których mogłoby dojść do jakiejś choroby lub jakiegoś wypadku, który zniweczyłby moje plany na samym finiszu.

– Rozumiem. Czy traktuje pan zatem cyfryzację jako przedłużenie życia, sposób na nieśmiertelność?

– Nieśmiertelność... Nie do końca myślę o tym w taki sposób. Według moich poglądów każdy człowiek już ma w sobie pewien rodzaj nieśmiertelności. Ja wyobrażam sobie cyfryzację raczej jako sposób na uniknięcie bólu i cierpienia, który dotyka nas nieuchronnie w fizycznym świecie, i jako umożliwienie pełnej swobody zdobywania wiedzy, komunikacji – przekroczenie granic tego, co możliwe wewnątrz starzejącego się biologicznego ciała.

– Ciekawa perspektywa. A jakie ma pan plany na przyszłość? Jak rozpocznie pan swoje życie, że tak powiem, po drugiej stronie?

– Na pewno trochę mi zajmie przyzwyczajenie się do nowych wrażeń – uśmiechnął się Su-han. – Mam jednak pełne zaufanie do naszego zespołu, zwłaszcza że kieruje nim Hye-won. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie pomyślnie i z czasem do mnie dołączy. A dalej? Będziemy nadal kierować przedsiębiorstwem, nazwijmy to – zdalnie. Mam nadzieję, że uda się upowszechnić tę technologię, tak by kiedyś móc przenieść do chmury całą naszą cywilizację. Jestem głęboko przekonany, że to właśnie jest kolejny, wielki krok ewolucji.

– Ambitna wizja i, moim zdaniem, trochę przerażająca.

– Rozumiem, że początkowo można odnieść takie wrażenie. Ufam jednak, że z czasem uda nam się przekonać społeczeństwo, by otworzyć się na tę ideę.

– Pozostało mi tylko zapytać – czy uważa pan, że cyfrowa przyszłość jest nieunikniona, że jest to nasze przeznaczenie?

– Przyznam, że nie wierzę w przeznaczenie. Uważam, że życie to seria przypadków. Ale przypadków, którymi możemy trochę kierować. I taki jest mój cel – kierować przypadkami w dobrą stronę.

– Rozumiem. Dziękuję za rozmowę. Życzę panu, by jutro wszystko się udało, a widzów zapraszam do śledzenia naszej jutrzejszej relacji. Do zobaczenia!

– Do zobaczenia po drugiej stronie – dodał Su-han, podążając za wzrokiem Yi w stronę kamery.